Strona Główna
O nas
Historia
Odznaka Turysta Ziemi Chrzanowskiej
Kolarska Odznaka Turystyczna
Szlaki rowerowe Ziemi Chrzanowskiej
Przed wyprawą...
Ciekawe miejsca
Relacje
Dołącz do nas
Strona główna PTTK
Współpraca
Kontakt

 

 

 





48 Zlot Przodowników Turystyki Kolarskiej - Relacja z Kaszub

Zapraszamy do zapoznania się z nieco poetycką, lecz w ogóle nie przesadzoną relacją z naszego pobytu na Kaszubach :-)

 

            Już był w domu. Od momentu w którym wkroczył do swojego dworu, do chwili w której się teraz znajdował minęło trochę czasu. Również całkiem inaczej wygląda teraz niż wtedy gdy powitało go ciepło ogniska domowego.

Wrócił zmęczony- wszak spędził w pociągach 20 godzin, mocował się z rowerami, nie spał prawie w ogóle, był zmęczony ale szczęśliwy.

Teraz wszedł do salonu, ogień radośnie trzaskał w kominku, na stole butelka wina i przygotowany już kieliszek. On już nie w spodniach dresowych, koszulce i sportowych butach. Przyodziany w wygodne pantofle i szlafrok już nie musiał ciągnąć za sobą całego majdanu, który jeszcze parę godzin temu stanowił jego dom.

I wszystko by wskazywało na to, że w tej chwili nic nie jest wstanie zakłócić tego błogiego stanu- relaksu- odpoczynku po przebytej drodze. Jednak jeszcze jedna ważna decyzja na dziś - Double Corona  czy Panatela dopełnią tą chwile?

            Usiadł. Istna celebracja, pełna rytuałów. Ta chwila najlepiej sprzyjała rozważaniom, miała być podsumowaniem minionych dni. Nie wiedział że przerodzi się w spowiedź.

Tak siedząc i rozmyślając jego oko zarejestrowało postać siedzącą w kącie pokoju, przy niewielkim stoliku. Postać ta wertowała starą książkę, klaser, będący jeszcze kolekcją sprzed wojny. Wertując klaser ów osobnik zapisywał co chwila coś w księdze obitej skórą bydlęcą robiąc to na tyle cicho, że dotąd zasiadający w fotelu myślał, że w pokoju jest sam.

W tej postaci rozpoznał swojego oddanego sługę i przyjaciela, starego Skrybę.

- Podjedź tu do mnie, mój Skrybo - powiedział stanowczo

Skryba dotąd zajęty księgą chyba też nie zauważył, że nie jest sam w pokoju, wystraszył się nieco, ale widząc kto go woła szczery uśmiech pojawił się na jego twarzy.

- No podejdź Skrybo. Chyba nie boisz się starego przyjaciela?

- Ohh Sir nie zauważyłem. Tyle czasu. Byłem zajęty... Ohhh jak się cieszę! - odpowiadał z zakłopotaniem.

- Co tam porabiasz mój Skrybo?

- Ohh Sir. Klasery dziadka panicza. Trzeba spisać zbiory... Sir, ile czasu minęło?

- Oj Skrybo, Skrybo - przerwał na chwilę -  Mój stary poczciwy Skrybo. Będzie pięć dni od czasu gdy wyruszyliśmy w piątek 16 maja. Pamiętam, było około 15:30 gdy ja, moja ukochana i trzech przyjaciół zasiedliśmy na rowery obładowane sakwami. Wyruszyliśmy do Trzebini, dalej pociągiem do Krakowa, gdzie mieliśmy dalej kontynuować naszą podróż.

- Sir, to będzie piękna historia. Zapiszę ją - krząta się wokoło, szukając ulubionych narzedzi swej pracy - Ołówek, notes. Zapiszę.

- Tak więc, Skrybo, byliśmy pełni obaw czy damy sobie radę. Czy brzemię które ze sobą taszczymy nie będzie zbyt ciężkie, czy wsiądziemy do pociągu z obładowanymi rowerami. Ale daliśmy radę. W Krakowie wsiadaliśmy do pociągu, w którym czekali już na nas nasi przyjaciele, kolarze - weterani takich podróży. Tak myślę, że to dzięki ich doświadczeniu tak gładko poszło. Ale, ale, mój Skrybo, czemu mi nie przerywasz? Czemu się nie dopytujesz? Przecież wypadałoby powiedzieć kto się wybrał na ten zlot. Otóż z naszej komisji pojechało, o ile się nie mylę, 11 osób  z czego 5 stanowiliśmy my. My, to znaczy ja, moja Ancyśka, Tomek i rodzeństwo Adrian i Aneta. W piątek mijała nam podróż do Gdyni. Podróż spędzona na rozmowach o wszystkim i o niczym. Przez całą noc tylko na chwilę udało nam się zmrużyć oczy, by około 6 nad ranem wysiąść z pociągu w Gdyni. Około 7:30 czekał na nas następny pociąg, którym dotarliśmy do Wieżycy. Ale to za chwilę. Ach, mój Skrybo, wyobraź sobie całkowicie puste miasto.  Już świtało, a my mieliśmy godzinę wolnego czasu w Gdyni - pokręciliśmy się trochę, zawitaliśmy do portu - ale każdy spodziewał się czegoś innego - przecież Gdynia, miasto portowe, powinno tętnić życiem nawet o 6 nad ranem. Liczyliśmy na śniadanie, przeliczyliśmy się, niestety. Skrybo? Czemu widzę łzę w twoim oku?

-To dym, przez dym Sir.  Nie przerywaj sobie, Sir, opowiadaj...

-Tak więc, Skrybo, około 7:30 następny pociąg. Teraz już do Wieżycy, do bazy „48 Ogólnopolskiego Szkoleniowego Zlotu Przodowników Turystyki Kolarskiej". Około 400 osób zgromadzonych w jednym miejscu, mających jeden cel. Uprawianie turystyki kolarskiej. Niebywałe. Niebywałe też było nasze zmęczenie. Każdy zauważył zmienione postrzeganie czasu. Przecież były godziny poranne, bo dopiero około 9, gdy zameldowaliśmy się w bazie zlotu. Lecz każdy z nas odczuwał jakby było już po południu. Może było to spowodowane tym, że niebo było całkowicie zachmurzone i słońce nie wyznaczało nam pory dnia. Jednak nie padało. Z bazy w Wieżycy musieliśmy się udać do oddalonego o 3 km  Szymbarku w celu poszukiwania noclegu. Słyszeliśmy już wcześniej o Szwajcarii Kaszubskiej, ale podjeżdżając do Szymbarku czuliśmy się prawie jak w Alpach.. Pierwsze wzniesienie, strome wzniesienie. Do jakiegoś czasu droga była asfaltowa, później zaczęły się prefabrykowane płyty. Jeszcze tego nie wiedzieliśmy, ale te płyty będą nam towarzyszyć przez większość pobytu na Kaszubach, a gdy będziemy wyjeżdżać z piaszczystych ścieżek będziemy dziękować Bogu za taką drogę z płyt. Osoba postronna mogłaby stwierdzić co to za sztuka podjechać pod taką górkę, nawet stromą. Ale niech ta osoba weźmie pod uwagę nasze zmęczenie oraz fakt, że każdy wiózł ze sobą kilkunasto kilogramowy bagaż. Gdy osoba postronna uświadomi to sobie, uśmiech na pewno zniknie z jej twarzy.

-Podziwiam Sir... Podziwiam.

-Skrybo, Skrybo mówiłem nie przeszkadzaj mi gdy opowiadam. Na czym to ja skończyłem... W Szymbarku poszukiwaliśmy naszego noclegu, z sukcesem na szczęście. Udało się. Poszukując zwiedziliśmy też trochę wieś. Trzy sklepy, apteka. Tyle wystarcza widocznie mieszkańcom. W naszej przyjemnej wbrew pozorom noclegowni rozpakowaliśmy się, a po chwili odpoczynku trzeba było wsiadać na rowery. W planach mieliśmy dotarcie do Kartuz. Miało się tam odbyć oficjalne rozpoczęcie zlotu. Skrybo, cóż za trasa na nas czekała -  początkowo droga z płyt, która w porównaniu z leśnymi piaszczystymi duktami jest luksusem. Wjazd do lasu. I tam właśnie te cholerne piaski. Uwierz mi, że to była istna udręka. Droga prowadząca w górę i dół. Jadąc pod górę pomimo najniższych przełożeń rower zakopywał się. Jadąc w dół trzeba było uważać aby koła nie uślizgnęły się na pisaku. Pamiętam dobrze słowa wypowiedziane przez Ancyśkę: „Może i droga kiepska, ale przynajmniej szkieł nie ma" Chwilę później zmienialiśmy jej dętkę, która została przebita przez „nieobecne"  szkło. Dotarliśmy. Kartuzy przywitały nas równą asfaltową drogą. Na rynku już było widać kolarską brać. Nie widziałem jeszcze naszych znajomych z Chrzanowa, jednak po chwili oczekiwania pojawili się i oni. Skrybo - nie należy spodziewać się zbyt wiele, jak my. Przewidywaliśmy oficjalne rozpoczęcie zlotu, triumfalny przejazd przez rynek Kartuz. Nic takiego. Jedynie przemówienia nieznanych, grubych sołtysów. Cóż było robić, udaliśmy się na posiłek do pobliskiej restauracji. Może trywialnie, ale wybraliśmy pizzę. Ktoś mądry powiedział „Życie jest jak pizza - nawet gdy kiepskie nieźle smakuje". Nie wiem czy to przez zmęczenie czy po prostu ta pizza była niezła, ale rzeczywiście nasze życie musiało wyśmienicie smakować w tym momencie. Po posiłku nadszedł czas na powrót. Wracaliśmy już tylko drogą asfaltową. I dobrze, nie wiem czy dalibyśmy radę wracać przez te cholerne piaski. Z radościa przywitaliśmy ponownie miejsce naszego noclegu. Prysznic, ciepłe łóżko i zupa z torebki wydawały się istnym rajem. Niektórzy, a właściwie niektóre nie dotrzymały nawet do prysznica. Po przekroczeniu progu mieszkania zmęczenie je zmogło i padły na łóżka okrywając się pierzyną zapomnienia. Kąpiel przyszła po drzemce.  Następnie sen, ukojenie i zasłużony odpoczynek. Przecież tego dnia zrobiliśmy jakieś 800 km pociągami i ponad 40 rowerem... A jak już ci Skrybo opowiadałem, kilometry przemierzone rowerem były naprawdę ciężkie.

-Rozumiem, Sir. Zakończyliście, to był koniec dnia pierwszego, pięknie., piękna historia... pięknie ją opiszę. Czekam na dzień następny, Sir.

-Poranek dnia następnego to była niedziela. Poranek bardzo leniwy. Nasze śniadanie stanowiły konserwy, pasztety oraz serki, istna, Skrybo, uczta.

Ustaliliśmy trasę - od organizatorów dostaliśmy masę mapek i przewodników po okolicy - na brak atrakcji nie mogliśmy narzekać. Tego dnia plan był prosty. Jesteśmy zmęczeni, więc nie będziemy się męczyć jakimiś długimi trasami. Nie wiem, która to była godzina, ale zdaje się że przed południem, gdy wsiedliśmy na rowery. Trochę pedałowania pod górę i byliśmy w Centrum Edukacji i Promocji Regionu w Szymbarku - nazywane też skansenem. Skrybo, synonim ten budził naszą wesołość. Skansen - dotąd to słowo kojarzyło mi się z drewnianymi chatkami krytymi strzechą. Ten skansen jest zupełnie inny. Znajdują się w nim może dwie takie tradycyjne chatki. Do tego Dom Sybiraka, obrazujacy to, w jakich warunkach mieszkali zesłani na Syberię - Mój Skrybo - Trudne do opisania... Nawet filmy nie odzwierciedlają tego w pełni, po prostu trzeba to samemu zobaczyć. Podziwiam ludzi, którzy przeżyli choć parę dni. Kawałek dalej znajdował się pociąg, jakim zwożono ludzi na Syberię oraz do Katynia. Warunki w nim były jeszcze gorsze niż w domu. Obecność tam zmuszała każdego do chwili zadumy - wierz mi, Skrybo. Dalsza wędrówka po skansenie i dalsze niespodzianki. Chcieliśmy trafić do schronu, jak się okazało schron został tak dobrze zakamuflowany, że go nie znaleźliśmy. Cóż, przecież atrakcji jest jeszcze sporo. Choćby „dom do góry nogami" z którego słynie ten skansen. Do domku wchodziło maksymalnie 12 osób, toteż kolejka do niego wiodła przez cały plac. Nie wiem, ile czekaliśmy, ale 30 minut na pewno, zanim dostaliśmy się do środka. Będąc już przed wejściem dostrzegliśmy tabliczkę na której widniało ostrzeżenie, aby ludzie z zaburzeniami błędnika nie wchodzili do środka. Nie wiedzieliśmy po co takie ostrzeżenie, przecież to był tylko zwykły dom, tyle że stoły i łóżka były przyklejone do sufitu. Po wejściu przekonaliśmy się, co autor miał na myśli. Będąc w domu do góry nogami błędnik zaczyna wariować. Po domu chodzi się w stanie podobnym do tego, w którym znajduje się człowiek, gdy kręci się przez chwilę w kółko w miejscu i później próbuje przejść prosty odcinek. Myślę, że warto było czekać w tej kolejce. Kręcąc się jeszcze po ośrodku znaleźliśmy w końcu schron. Schron obrazujący w jakich warunkach musieli przebywać partyzanci podczas II Wojny. Ewakuacja nie była prosta, co sami sprawdziliśmy.

Skrybo, nie powiedziałem Ci, ale w tym skansenie znajduje się też najdłuższa deska. Deska wykonana przez naszych rodaków, która jest wpisana do księgi rekordów jako najdłuższa.

Wyruszyliśmy ze skansenu. Teraz przyszedł czas na ogród botaniczny.  Podziwiam człowieka który zgromadził tyle roślin i umie o nie jeszcze zadbać, a także każdą nazwać. Wracając zawitaliśmy do bazy zlotu. Tam czekała na nas kolacja oraz  wieczorna zabawa.

Wycieńczeni tańcem powróciliśmy do miejsca naszego spoczynku. W poniedziałek mogliśmy pojechać już w ambitniejszą trasę. Po raz kolejny rano przeglądaliśmy foldery, aby znaleźć dzisiejszy cel wycieczki. Padło na Muzeum Ceramiki Kaszubskiej. Kolejny raz nasza trasa wiodła przez piaski oraz drogi z płyt betonowych. Dotarliśmy do Chmielna. Zapoznawszy się z techniką wyrobu glinianych naczyń wyruszyliśmy dalej. W folderze znaleźliśmy informację o Zamku. Zamek, który wedle zdjęć miał wyglądać ładnie, miało być co oglądać. Dojechaliśmy do niego i co się okazało. Ktoś miał plan i ambicje aby przenieść się w epokę średniowiecza na działce. Nie wiem, Skrybo, czy brakło mu funduszy, lecz zamiast zamku teraz w tym miejscu stoi nie wykończona konstrukcja z pustaków ogrodzona betonowym murem z drutem kolczastym. Mocno się zawiedliśmy. Był już czas na powrót. Noc z poniedziałku na wtorek była naszą ostatnią. Poniedziałkowego wieczoru ustaliliśmy, że we wtorek dla rekreacji przejdziemy się na bliskie najwyższe wzniesienie Pomorza - Wieżyca. Wszak, tego dnia mamy jeszcze wracać do domu, do Chrzanowa. Czekała nas całonocna podróż z rowerami w pociągu. Kilka przesiadek. Tak Skrybo, nie należało się zanadto męczyć. Na szczycie góry czekała nas wspinaczka na wieżę widokową.  Po posileniu się drugim śniadaniem udaliśmy się spowrotem, aby zdążyć się spakować i wyruszyć w drogę powrotną. Plan był prosty: Do Wieżycy na rowerze, następnie pociągiem do Gdyni, z Gdyni pociągiem do Gdańska, z Gdańska pociągiem do Krakowa, z Krakowa pociągiem do Trzebini, z Trzebini rowerem do Chrzanowa. Jak widzisz, mój Skrybo, droga zapowiadała się długa. Zwłaszcza, że pociąg z Gdańska podjeżdżał na stację chwilę przed godziną 24.

To wsiadanie do pociągu było najgorsze - przecież byliśmy teraz sami, nikt nam nie mógł pomóc. Ale udało się, chociaż bez pewnej dawki spięć i stresu się nie obyło. Ale siedzieliśmy. Co niektórzy chwilę po usiadnięciu na kanapie w przedziale zasnęli. Inni starali się czuwać przy rowerach, ale i tak zmęczenie ich zmogło. O tym jak przebiegła nasza podróż z Krakowa do domu już Ci Skrybo nie będę opowiadał. Niedawno wróciłem, czas się kłaść spać.

- Sir. Już świta...

- Mój stary Skrybo. Tak wyglądał nasz pobyt na Kaszubach - rozgadałem się trochę, ale to dlatego, że jest o czym mówić i co wspominać.  Tyle nowych zobaczonych miejsc. Tak Skrybo, jeśli tylko pragniesz oderwać się od rzeczywistości bierz rower, choć nie musisz, ale jedź gdzieś daleko, tam zobacz to czego nie zobaczyłbyś u siebie w regionie, odpoczniesz, gwarantuję Ci to

- Nie wątpię Sir, nie wątpię.

- A teraz Skrybo czas już spać... Dobranoc.

- Dobranoc Sir.

 

 

Więcej zdjęć

 

 

 

Autor: Sir SHp

Korekta: Tomek

 

 

 



Powrót



PTTK

PTTK Oddział Chrzanów



PLAN WYCIECZEK


 
 KLIK
 

Moim zdaniem najbardziej atrakcyjną turystycznie gminą Powiatu Chrzanowskiego jest gmina:

Alwernia
Babice
Chrzanów
Libiąż
Trzebinia



Zobacz wyniki





Biker Trzebinia
 
 





LIOOSYS CMS - web content management